Praga, AD 1419
Krwawy świt powoli spowijał budzące się do życia miasto.
Wysoki, chudy mężczyzna z błyskiem w oku spojrzał na ostry jak brzytwa topór. Pierwsze promienie wschodzącego słońca odbijały się w ostrzu, tworząc purpurową grę świateł.
- Dziś pomszczę cię, Aleno.
Dziewczyna, usłyszawszy słowa ojca, podniosła głowę z posłania.
- Boję się o ciebie - powiedziała cicho. - Nie chcę, abyś to robił.
Ojciec pokręcił głową. Jego oczy na moment zatrzymały się na bladej twarzy córki.
- Wiesz, że muszę to uczynić. Dla ciebie. I dla twojego syna.
Alena pogładziła lekko po główce śpiące obok dziecko. Łzy zaszkliły jej pod powiekami. Kochała swego syna bardziej niż kogokolwiek na świecie, mimo iż za każdym razem, gdy patrzyła w jego dziecięce, ufne oczy, czuła na swoim ciele chropowate, wygłodniałe dłonie.
To, co wydarzyło się przed dwoma laty, codziennie prześladowało ją w snach i powracało z bólem, ilekroć wchodziła do lasu. Jej syn, Andrzej, niedawno skończył rok. Był zdrowym i radosnym dzieckiem, powoli zaczynał stawiać pierwsze kroki i powtarzać najprostsze słowa.
Alena, teraz mając siedemnaście lat, czuła się starsza niż kiedykolwiek wcześniej; zajmowanie się domem i dzieckiem pochłaniało jej większość czasu, a od kiedy razem z ojcem i rodzeństwem opuściła wioskę i zamieszkała na przedmieściach Pragi, jej życie stało się jeszcze smutniejsze i gorzkie. Zostawiła przyjaciół i ukochany dom, ojciec zmuszony był sprzedać gospodarstwo. Nie ostał się nawet jej ulubiony kucyk, którego kupiec rozkazał przeznaczyć na prezent dla swego pana.
Alena w Pradze czuła się obco i nieswojo, chociaż w rodzinnej wiosce jej sąsiedzi wyklęli ją i jej ojca, gdyż urodziła dziecko, nie będąc mężatką. Mało kto wiedział o tym, co wydarzyło się dwa lata wcześniej w lesie, lecz zarówno Alena, jak i jej ojciec rozumieli, że gdyby prawda wyszła na jaw, we wsi wybuchłby bunt.
Ojciec małego Andrzeja był jednym z niemieckich urzędników pracujących w praskim ratuszu. Dwa lata temu podczas zabawy we wsi, której był panem, brutalnie zgwałcił Alenę. I chociaż nigdy nie przyznał się do tego czynu, dobrowolnie wysłał Alenę i jej ojca do Pragi, jednocześnie sprzedając gospodarstwo i dając jej pieniądze jedynie na urządzenie się w nowym domu. Andrzej, który urodził się w maju 1418 roku, powoli zaczął upodabniać się do ojca. Alena ze zgrozą stwierdziła, że chłopiec ma jego oczy i usta, chociaż jest od niego znacznie ładniejszy i ma delikatniejsze rysy twarzy.
- Aleno, wiesz, że będziesz musiała uciekać. Jeszcze dziś spakuj rzeczy i zabierz rodzeństwo. Skryjecie się u pani Lucyny jak tylko okaże się, że nasza misja się nie powiodła.
- Nie mogę tego zrobić - powiedziała płaczliwie. - A ty nie możesz mnie zostawić.
Ojciec westchnął ciężko i położył dłonie na ramionach córki.
- Doskonale wiesz, że muszę. Nie jesteś jedyną dziewczyną, która została tak okrutnie skrzywdzona. A to wszystko przez Niemców. Gdyby ich tu nie było, nie byłoby też problemów. Ich miejsce jest w Cesarstwie, a nie tutaj.
Jego twarz stężała pod wpływem ogromnej złości, jaka go ogarnęła. Odsunął się od córki i ponownie wziął do ręki topór. Przejechał palcem po ostrzu i uśmiechnął się pod nosem. Dziś to właśnie ostrze zatopi się z rozkoszą w ciele niemieckiego urzędnika. Wnuk nie będzie wprawdzie miał ojca, ale lepiej nie mieć go wcale niż mieć takiego.
- Nie zabijaj go, ojcze - szepnęła Alena. - Wybaczyłam mu już dawno.
- Nie! - krzyknął ojciec. Mały Andrzej otworzył nagle oczy i zaczął płakać, wybudzony ze snu.
Alena wtuliła go w swoje ramiona i kołysała delikatnie, czując na policzkach gorące, słone łzy.
- Przecież przez niego straciliśmy wszystko, Aleno - mruknął ojciec. - Nie mamy już nic do stracenia. Ja nie mam. Ty już uciekniesz i rozpoczniesz wszystko od nowa. Ja już swoje przeżyłem.
Alena w dalszym ciągu nie podnosiła głowy. Siedziała z oczyma utkwionymi w załzawionej twarzy Andrzeja i pytała Boga, czemu aż tak przez niego cierpi.
* * *
Ojciec Aleny zacisnął mocniej palce na rękojeści topora. Wziął głęboki oddech i spojrzał po twarzach swoich towarzyszy. Jeden z nich skinął głową i na jego znak tłum uzbrojony w noże, topory i pałki, niczym rozjuszone stado zwierząt, wpadł do ratusza.
Strażnicy nie mieli nawet czasu, by zareagować. Padli na posadzkę, brocząc krwią i z trudem chwytając oddech.
Furia w oczach oprawców osiągnęła szczyt. Ojciec Aleny kompletnie zatracił się w walce. Z ogromną siłą przyparł do ściany przysadzistego, pulchnego mężczyznę i uniósł wysoko topór.
- Co ty u licha robisz?! - wrzasnął przerażony urzędnik.
Napastnik uśmiechnął się paskudnie.
- Jeszcze śmiesz pytać? - wychrypiał. - Czy wiesz, ile przeszła przez ciebie moja córka?
Niemiec zatrząsł się ze strachu. Łypnął oczami na lśniący od krwi topór i poczuł pod powiekami łzy.
- Jak chcesz, to mnie zabij. I tak nie mam już nic do stracenia.
Ojciec Aleny wziął głęboki oddech. Uniósł wysoko rękę i już miał poderżnąć urzędnikowi gardło, gdy poczuł, jak z niewyobrażalną siłą ktoś wbija mu w plecy ostrze.
W jego ustach wezbrała krew. Wypuścił z dłoni broń i opadł bezwiednie na kolana.
Urzędnik popatrzył z przerażeniem na swego wybawcę.
- Dzięki Bogu! - krzyknął drżącym głosem.
Z pogardą kopnął konającego mężczyznę i rozejrzał się dookoła. Sala usłana była trupami praskich radnych. Część z ciał leżała za oknem na bruku ulicy, obryzgana krwią i wykręcona w wyniku upadku.
Urzędnik, który go uratował, krwawił obficie. Oparł się ciężko o umazaną szkarłatem ścianę.
Ojciec dziecka Aleny popatrzył na niego z wdzięcznością, a potem nastała ciemność.
* * *
Alena w pośpiechu pakowała rzeczy do tobołka. Jej syn, siedzący na kolanach Henryka, popłakiwał cicho.
Dziewczyna rzuciła drugiemu bratu wściekłe spojrzenie.
- Pomóż mi, sama nie zdążę wszystkiego spakować. Zabierz chleb i suche mięso.
Chłopiec pokiwał głową. Pospiesznie wstał i ruszył w kierunku spiżarni, by po chwili wrócić z zawiniętym w płótno prowiantem.
- A teraz rozejrzyj się, czy nikogo nie ma na zewnątrz i idź z rodzeństwem i Andrzejem na koniec ulicy. Dojdę do was za kilka chwil. Szybko!
Henryk zmierzył siostrę przerażonym spojrzeniem.
- Aleno, a co z ojcem? Nie powinniśmy na niego zaczekać?
Alena poczuła ucisk w gardle.
- Nie. Od teraz ja się wami zajmuję. Ojciec nie wróci. Musimy iść.
Rodzeństwo nie miało czasu zastanawiać się zbyt długo. Natychmiast zarzucili na ramiona tobołki i wziąwszy na ręce syna Aleny, wymknęli się z domu.
Alena podeszła do płonącego w piecu ognia i ujęła w dłoń kawałek drewna, podpaliła go i rzuciła na słomiany dach chaty. Przez moment patrzyła na pomarańczowe i czerwone płomienie zaczynające lizać ściany, a potem narzuciła na głowę kaptur i odeszła.
Avaritia
Nastrój:
tagi: